Losy dokumentu

Ustawa krajobrazowa trafiła do Sejmu w lipcu 2013 roku. Projekt przeszedł wcześniej konsultacje społeczne, podczas których do Kancelarii Prezydenta RP wpłynęło 137 uwag od organizacji pozarządowych i branżowych, środowisk architektów i urbanistów oraz przedstawicieli miast i województw. Była to dopiero zapowiedź zainteresowania, jakie wzbudził ten długo oczekiwany dokument. Ustawa okazała się hasłem-wytrychem w większości dyskusji o reklamowo-szyldowej sytuacji w Polsce. Niemal każde medialne doniesienie na temat niekończących się zmagań z wizualnym chaosem nie mogło obyć się bez wzmianki o nowych regulacjach, jawiących się jako remedium na niekontrolowany rozrost billboardowych zagajników, zalew wielkoformatowych siatek i oślepiającą moc przydrożnych telebimów. Ustawa krajobrazowa stała się dla opinii publicznej „ustawą anty-reklamową”.

Myśl o nadchodzącej estetycznej rewolucji była tak ekscytująca dla posłów, że podkomisja sejmowa zajmująca się dokumentem – wyłoniona z przedstawicieli Komisji Infrastruktury, Komisji Kultury i Środków Przekazu oraz Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej – pozwoliła nam cieszyć się jej pracą blisko dwa lata. Kiedy w lutym 2015 roku doszło w końcu do ogłoszenia sprawozdania podkomisji, okazało się, że jedyną rewolucją  w tym przypadku może być… społeczny bunt wobec nikłej mocy sprawczej tej ustawy.

Dlatego też gdy zgodnie z procesem legislacyjnym dokument trafił do Senatu w kwietniu tego roku, dyskusje znów toczyły się głównie wokół kwestii reklamy w przestrzeni publicznej. Skoncentrowano się na znalezieniu właściwych narzędzi egzekucyjnych, umożliwiających nakładanie adekwatnych kar na właścicieli nielegalnych nośników i szybsze usuwanie reklam z przestrzeni publicznych. Z takimi poprawkami ustawa ponownie wróciła do Sejmu, by 24 kwietnia – w zaakceptowanym kształcie – trafić na biurko Prezydenta. Bronisław Komorowski podpisał dokument 15 maja 2015 roku.

Prehistoria

Na tym historia się nie kończy, tak samo jak nie zaczęła się ona w maju 2013 roku, gdy hasło „ustawa krajobrazowa” po raz pierwszy pojawiło się w mediach. Gdybyśmy poprzestali tylko na takim opisie, stracilibyśmy z oczu to, co wydaje się najważniejszym elementem całego procesu „walki o krajobraz”. I to, co sięga czasów, w których stwierdzenie, że ulice polskich miast niebezpiecznie pęcznieją od nadmiaru reklam i szyldów, spotykało się z reakcjami, z których pukanie się w czoło należało do najbardziej uprzejmych. W takich okolicznościach, w 2007 roku Ela Dymna i Marcin Rutkiewicz założyli stowarzyszenie Miasto Moje A w Nim – pierwszą polską inicjatywę, która w tak kompleksowy sposób podjęła kwestię zawłaszczania przestrzeni publicznej przez reklamę zewnętrzną.

Od początku swojego istnienia stowarzyszenie działało dwutorowo. Po pierwsze skupiało się na edukacji. W pracy nad przemianą podejścia do problemu wizualnego chaosu ogromną rolę odegrał wydany w 2009 roku album Polski outdoor. Po drugie członkowie Miasto Moje A w Nim opowiadali się za koniecznością zmiany prawa. Dymna i Rutkiewicz sugerowali stworzenie jednej ustawy, która zajęłaby się kwestią miejskiej estetyki. Postulowali doprecyzowanie i rozszerzenie istniejących wówczas przepisów. Kluczowe miało się stać m.in. wprowadzenie nowych ustawowych definicji reklamy i przestrzeni publicznej oraz dostarczenie samorządom elastyczniejszych narzędzi zarządzania nośnikami reklamowymi i szyldami na terenie gminy. Dymna i Rutkiewicz lobbowali także na rzecz wprowadzania odstraszająco wyższych kar za nielegalne reklamy i skrócenia procedur administracyjnych związanych z ich usuwaniem. Brzmi znajomo?

Głową w mur

Droga od postulatów Miasto Moje A w Nim do ustawy krajobrazowej była jednak wyboista i pełna rozczarowań. W październiku 2008 roku swoje obrady rozpoczął Warszawski Okrągły Stół Reklamowy zorganizowany z inicjatywy i pod auspicjami przewodniczącej Rady Warszawy. Do trwającej przez ponad rok debaty zasiedli przedstawiciele stołecznego ratusza, środowisk architektoniczno-urbanistycznych, branży outdoorowej i strony społecznej. Celem dyskusji było wypracowanie długofalowych rozwiązań związanych z prowadzeniem miejskiej polityki reklamowej. Zajęto się także przygotowaniem konkretnych zmian legislacyjnych. Propozycje Miasto Moje A w Nim przyjęte zostały niemal w całości. Podczas obrad kończących prace WOSR wiceminister infrastruktury Olgierd Dziekoński zadeklarował, że ustawa powstanie nie dalej niż w ciągu roku. Dość szybko okazało się to jednak zbyt piękne, by mogło być prawdziwe.

W sierpniu 2010 roku Ministerstwo Infrastruktury cofnęło swoją  obietnicę. W zamian zapewniło o wprowadzeniu do nowelizowanej ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym tzw. miejscowych przepisów urbanistycznych. Narzędzie to miało pozwolić na stanowienie ładu reklamowego przy pomocy zwykłej uchwały rady gminy. W międzyczasie członkowie Miasto Moje A w Nim pukali do wszystkich  drzwi. Prezentowali postulaty podczas sejmowej Komisji „Przyjazne Państwo”, spotykali się z ministrami i prezydentami miast, zabiegali o poparcie dla inicjatywy wśród stowarzyszeń i instytucji. Okazywali zainteresowanie współpracą, ale do uregulowania polityki outdoorowej wciąż nie dochodziło.

Ostateczny cios marzeniom aktywistów zadało… Ministerstwo Infrastruktury. W czerwcu 2011 roku, po powrocie z łódzkiej konferencji „Przestrzeń publiczna jako powierzchnia reklamowa” Dymna i Rutkiewicz znaleźli w skrzynce pocztowej oficjalną odpowiedź w sprawie wyczekiwanych zmian prawnych: nowych przepisów nie będzie. Była to o tyle bolesna informacja, że na wspomnianej konferencji wiceminister reprezentujący resort  poważnie włączył się w dyskusję o ustawie. Po czterech latach intensywnej działalności Miasto Moje A w Nim znalazło się w punkcie wyjścia. Ziarno zostało już jednak zasiane.

Upór popłaca

Wykiełkowało w 2013 roku, obficie podlewane coraz widoczniejszym społecznym sprzeciwem wobec wszechobecności reklamy i nawożone sukcesami inicjatyw pokroju parku kulturowego w Krakowie. W maju tego roku nagle ogłoszono, że Kancelaria Prezydenta z Olgierdem Dziekońskim na czele (zbieżność nazwisk nieprzypadkowa) przygotowuje projekt ustawy, której częścią mają stać się regulacje reklamowo-szyldowe. Miasto Moje A w Nim uczestniczyło zarówno w wewnętrznych, jak i ogólnych konsultacjach dokumentu. Skierowanie ustawy do Sejmu uczciliśmy inauguracją akcji „Wysoka Izbo – posprzątaj reklamy!”. Wszystkim posłankom i posłom wręczyliśmy wówczas specjalnie przygotowane pocztówki z pozdrowieniami z Polski – widokami zastawionych billboardami i oklejonych banerami dróg, nadmorskich kurortów, architektonicznych ikon i górskich szlaków.

Śledziliśmy jałowe spory na spotkaniach podkomisji i trudziliśmy się, jak wykonać z nich stenogram, który można by upowszechnić na stronie internetowej kampanii „Wysoka Izbo…”. Nasza grupa powiększyła się wówczas o stowarzyszenia: Ulepsz Poznań, Forum Rozwoju Lublina i Miasto Reklamację. Wspólnie budowaliśmy poparcie społeczne dla przyspieszenia prac nad ustawą. Nasz apel poparło wielu prezydentów miast, plastyków miejskich, konserwatorów i architektów oraz liczne grono organizacji z całej Polski, dla których przestrzeń publiczna jest wartością wymagającą szczególnego podejścia (pełna lista dostępna jest na stronie www.wysokaizbo.pl).

Gdy okazało się, że podczas sejmowych obrad podkomisji ustawie krajobrazowej „wybito zęby” (jak nazwano brak w dokumencie wystarczających narzędzi egzekucyjnych), skupiliśmy się na przekonywaniu senatorów, że uzupełnienie w niej braków jest możliwe. Nie udałoby się to, gdyby nie współpraca ze stołecznym Wydziałem Estetyki i  stowarzyszeniem Miasto Jest Nasze. W ramach akcji „Posprzątajmy reklamy – wstawmy zęby ustawie krajobrazowej” blisko 13,5 tysiąca wyborców wysłało wirtualny list do swojego senatora z prośbą o wyposażenie ustawy krajobrazowej we właściwe mechanizmy ułatwiające usuwanie nielegalnych reklam i karanie ich właścicieli. Przypominaliśmy o sobie na senackich korytarzach, uczestnicząc we wszystkich obradach wokół nowych regulacji. Ostatecznie przeforsowaliśmy społeczne poprawki.

Nauka na przyszłość

Opowieść ta nie jest jednak, jakby się mogło wydawać, wstępem do gloryfikacji działalności konkretnej organizacji. Przypadek ustawy krajobrazowej uczy – nie tylko nas – konsekwencji, wytrwałości i współpracy na rzecz przemian systemowych w Polsce. Nowy, ważny akt, jakim jest ustawa krajobrazowa, to sukces wielu osób, nie tylko aktywistów miejskich. Historia jego powstania jest także lekcją ostrożności. Mimo prób śledzenia pracy podkomisji byliśmy zaskoczeni ich rezultatem. Między innymi dlatego, że jej przewodnicząca za „stronę społeczną” uznawała np. przedstawicieli Izby Gospodarczej Reklamy Zewnętrznej, co dawało im szansę uczestnictwa w niektórych posiedzeniach. Nam pozostało oglądanie transmisji obrad on-line i domyślanie się ostatecznego brzmienia przyjmowanych przez posłów i posłanki poprawek. Dokumenty, na których pracowano, otrzymywaliśmy z kilkutygodniowym opóźnieniem, tylko dzięki prośbom o dostęp do informacji publicznej.

Inaczej sprawa przebiegła w Senacie. Partnerskie podejście,  merytoryczna dyskusja czy pomoc w załatwianiu przepustek umożliwiających nam wejście na posiedzenie były niewiarygodną odmianą po „lekcji demokracji” zafundowanej przez Sejm. Bywało jednak, że cierpła nam skóra, gdy słuchaliśmy pomysłów o absolutnej konieczności wyłączenia spod opłat reklamowych ogłoszeń wyborczych albo wypłacaniu odszkodowań właścicielom tych nośników, które gmina będzie chciała usunąć w myśl prowadzonej polityki krajobrazowej. Internauci – których na bieżąco informowaliśmy o postępach prac – szybko wychwytywali tego typu pomysły, obficie je komentując na facebookowych profilach senatorów. Okazało się, że w czasie szalonego rozwoju i zasięgu mediów społecznościowych mamy w rękach potężne narzędzie wywierania presji.

Ustawa krajobrazowa i jak do niej doszło
Aleksandra Stępień-Dąbrowska

Tekst jest skróconą wersją artykułu, który ukazał się w „Magazynie Miasta” (2015, nr 10).